niedziela, 31 sierpnia 2008

Indiana Jones And The Kingdom Of The Crystal Skull (2008)

Obrona najnowszych przygód Indiany Jonesa to zadanie na poziomie obrony Częstochowy, ale skoro tam się (ponoć) udało, to tu też można spróbować..


Pisanie czegokolwiek o nowych przygodach dra Jonesa jest właściwie z góry skazane na porażkę, bo większość osób ów film widziała prawie z obowiązku i ma wyrobioną opinię. Na dodatek owa opinia zapewne nie jest zbyt pochlebna, z wielu powodów: bo Ford to już dziadek, bo scenariusz to nic nowego, bo w filmie jest multum niedorzeczności, bo "to wszystko już było". Z większością tych zarzutów można się spokojnie zgodzić, bo są one mniej lub bardziej, ale zawsze prawdziwe. Co ciekawe żaden z powyższych zarzutów nie przeszkodził mi w spokojnym obejrzeniu finalnego dzieła Spielberga i Lucasa. Właściwie to z wielu zarzutów równie dobrze można uczynić zalety, bo o ile Jones jest już prawie profesorem-dziadkiem, o tyle bije po mordzie równie dobrze jak 20 lat temu. Scenariusz to niewątpliwie powtórka z rozrywki: doktor pakuje się w kłopoty, potem musi się z nich wykaraskać, z reguły ratując przy tym jeszcze kogoś. Poza tym zawsze towarzyszy mu jakaś kobieta(co kończy się różnie), a wszystkiemu towarzyszy aura wielkiej przygody pośród najdziwniejszych miejsc świata. Schemat został niezmieniony, może opowiedziana historyjka ma mniejsze czy większe braki, kończy się jak dla mnie zbyt przesadnie, ale sądzę, że można ją spokojnie zaakceptować. Tu pojawia się spory problem, bo jeśli ktoś zabrał się za produkcję oczekując porywającego i dopracowanego na maksa scenariusza, to fakt - zawiedzie się. W zamian dostajemy tony akcji rozłożone dość równomiernie na niecałe dwie godziny. Akcję można krytykować przykładowo za brak realizmu, bo to co się dzieje na ekranie faktycznie momentami przechodzi ludzkie pojęcie, ale kurcze, od kiedy przygody Indiany Jonesa miały coś wspólnego z rzeczywistością? Jeśli tak uważasz, to zapraszam chociażby do sceny wyrywania serca w "Indiana Jones and the Temple of Doom". W najnowszych przygodach Indy'ego nie zabrakło humoru, w starym, dobrym(jak na mój gust) stylu. Film oczywiście nie jest bez wad, bo można mocno przyczepić się do Shia LaBeouf'a (grającego Mutta Williamsa, który wciągnął w to wszystko archeologa) głównie za straszną sztywność i nijakość, jakby chłopak przestraszył się tytułu. Poza tym sama końcówka to trochę przesada, nawet jak na moją sporą tolerancyjność. Reasumując - film warty obejrzenia, no chyba, że tym razem spodziewamy się ultrarealistycznego filmu przygodowego z porywającym scenariuszem dopracowanym do ostatniej linijki. Pomysł końcowy ze ślubem świetny, na zakończenie serii, bo jeśli dr Jones miałby powrócić, to wcześniej musiałby definitywnie wziąć rozwód.

0 komentarze: