pillow for neck pain
pillows are great
http://www.squidoo.com/personal-steam-inhaler
kubki, mugs
http://www.squidoo.com/usb-mug-warmer
http://www.squidoo.com/best-pillow-for-stomach-sleepers
stomach sleepers and pillows for them
oh yea, memory foam pillows!
http://www.squidoo.com/decorative-storage-boxes-with-lids
http://www.squidoo.com/best-digital-food-scale
Czytaj dalej!
wtorek, 6 marca 2012
piątek, 26 września 2008
Deception (2008)
Widząc przy opisie filmu, w sekcji gatunek intrygujący wpis: thriller erotyczny, można spodziewać się albo thrillera, albo erotycznego, mimo tego skojarzenia zdarza się, że powstają filmy wypośrodkowane, takim właśnie jest "Deception" ("Uwiedziony")..

Jonathan McQuarry był zwyczajnym księgowym, specem od papierków po których leniwie biegają cyferki, był, bo właśnie poznał Wyatt'a, człowieka będącego właściwie jego alter ego. Oprócz umiejętności dogadania się z ludźmi Wyatt miał coś jeszcze: łatwość w dość osobistych kontaktach z kobietami, a tego Jonathanowi zdecydowanie brakowało. Znajomość trochę się rozwinęła, lecz nowo poznany kolega musiał wyjechać w sprawach służbowych, niby przypadkiem podmieniając telefony. Księgowy przez jakiś czas odbierał tajemnicze telefony, słysząc w słuchawce tylko "masz czas dziś wieczorem?". Niedługo po tym rozgryzł sens tych rozmów, jednocześnie wkraczając do pewnej, specyficznej, grupy ludzi. W międzyczasie zakochał się w kobiecie, wiedząc o niej tylko to, że jej imię zaczyna się na S. Potem wszystko przybrało dość nieprzewidywalny dla głównego bohatera bieg, a wszystko przez kobiety .. Fabularnie film byłby wybitnie ciekawy, gdyby nie to, że we właściwie każdej produkcji istnieje główny bohater którego głównym zadaniem jest przeżycie do końca filmu, z takich czy innych względów. Tutaj niestety nowości w tym względzie nie ma, więc film od pewnego momentu staje się cholernie przewidywalny, na dodatek (co też nowością nie jest) "słaby" czarny charakter jest dręczony wyrzutami sumienia, co w momencie zbliżania się do rozwiązania daje fabularną papkę. Jakby nie patrzeć na tym chyba kończą się minusy produkcji. Elementy takie jak gra aktorska (świetny Hugh Jackman, bardzo dobrzy Ewan McGregor i Michelle Williams) czy muzyka to zdecydowanie mocne strony filmu. Właściwie pomijając kwestię fabularną to film można by uznać spokojnie za bardzo dobry, nie pomijając tej kwestii wypadałoby z piątki zrobić czwórkę. Jakby nie było, ostatnio mało który film pokazuje coś nowego i zaskakuje fabularnie, ot dostajemy lepiej lub gorzej, ale zawsze, odgrzewane schabowe z obiadu który już jedliśmy.
.NET
Czytaj dalej!

Jonathan McQuarry był zwyczajnym księgowym, specem od papierków po których leniwie biegają cyferki, był, bo właśnie poznał Wyatt'a, człowieka będącego właściwie jego alter ego. Oprócz umiejętności dogadania się z ludźmi Wyatt miał coś jeszcze: łatwość w dość osobistych kontaktach z kobietami, a tego Jonathanowi zdecydowanie brakowało. Znajomość trochę się rozwinęła, lecz nowo poznany kolega musiał wyjechać w sprawach służbowych, niby przypadkiem podmieniając telefony. Księgowy przez jakiś czas odbierał tajemnicze telefony, słysząc w słuchawce tylko "masz czas dziś wieczorem?". Niedługo po tym rozgryzł sens tych rozmów, jednocześnie wkraczając do pewnej, specyficznej, grupy ludzi. W międzyczasie zakochał się w kobiecie, wiedząc o niej tylko to, że jej imię zaczyna się na S. Potem wszystko przybrało dość nieprzewidywalny dla głównego bohatera bieg, a wszystko przez kobiety .. Fabularnie film byłby wybitnie ciekawy, gdyby nie to, że we właściwie każdej produkcji istnieje główny bohater którego głównym zadaniem jest przeżycie do końca filmu, z takich czy innych względów. Tutaj niestety nowości w tym względzie nie ma, więc film od pewnego momentu staje się cholernie przewidywalny, na dodatek (co też nowością nie jest) "słaby" czarny charakter jest dręczony wyrzutami sumienia, co w momencie zbliżania się do rozwiązania daje fabularną papkę. Jakby nie patrzeć na tym chyba kończą się minusy produkcji. Elementy takie jak gra aktorska (świetny Hugh Jackman, bardzo dobrzy Ewan McGregor i Michelle Williams) czy muzyka to zdecydowanie mocne strony filmu. Właściwie pomijając kwestię fabularną to film można by uznać spokojnie za bardzo dobry, nie pomijając tej kwestii wypadałoby z piątki zrobić czwórkę. Jakby nie było, ostatnio mało który film pokazuje coś nowego i zaskakuje fabularnie, ot dostajemy lepiej lub gorzej, ale zawsze, odgrzewane schabowe z obiadu który już jedliśmy.
.NET
Czytaj dalej!
Etykiety:
recenzje
wtorek, 23 września 2008
The Incredible Hulk (2008)
Cześć, jestem Hulk i mam zamiar Ci przyłożyć, bo mam 3 metry wzrostu, pięść wielkość opony i miałem zły dzień..

Adaptacje komiksów na srebrny ekran ostatnio przeżywają swój renesans. Z jednej strony atakuje Batman, z drugiej Superman, a między nimi bez większych problemów mieszczą się Spiderman i Ghost Rider. Przyszedł więc czas na Hulka i to nawet w całkiem silnej obsadzie: Edward Norton jako Bruce Banner, Tim Roth jako jego śmiertelny wróg i Liv Tyler w roli uroczej pani doktor. Faza rekrutacji przeprowadzona wzorowo, materiał na hit murowany. Początek typowy - reżyser pragnął przypomnieć jak to się stało, że Bruce przemienia się w Hulka, że jest duży, zielony i potrafi nieźle przygrzmocić jeśli przypadkiem znalazłeś się na jego drodze, a tymczasowo przebywa na emigracji szukając leku na swoją "przypadłość". Dalej mamy wszystko co powinno się znaleźć w filmie o kultowym komiksowym superbohaterze: walki, pościgi, podejmowanie trudnych decyzji, rozterki życiowe czy wreszcie kobieta w życiu herosa. O ile panowie od efektów specjalnych spisali się całkiem dobrze podczas montażu scen walk (których zresztą jest dość trochę) o tyle mnie one jakoś nie porwały. Solidne, to przymiotnik idealnie pasujący właśnie do nich, ale brakowało mi jakiegoś polotu, pomysłu, czegoś nowego czy interesującego. Od Liv Tyler wymagane było tylko to, żeby dobrze wyglądała i niewiele mówiła, tu się udało. Śmiertelny wróg? Tim Roth jako doświadczony komandos spisywał się całkiem nieźle do czasu, aż lekko się "przemienił", potem już nie było tak miło bo dość średnią przyjemnością jest oglądanie starcia dwóch terminatorów. Poza tym fabularnie klasyka, czyli jak u każdego herosa. Edward Norton jako Bruce też jakoś blado wypada, niby fajnie gra, ale jednak sporo brakuje do innych produkcji, w których miałem przyjemność go oglądać. Sumując wszystko: film jak dla mnie dość średni, nie byłbym specjalnie na nikogo obrażony gdyby mi go ktoś wyłączył w połowie, bo im dalej tym mniej chciało mi się "Hulk'a" oglądać. Pora wracać do Mrocznego Rycerza.
Czytaj dalej!

Adaptacje komiksów na srebrny ekran ostatnio przeżywają swój renesans. Z jednej strony atakuje Batman, z drugiej Superman, a między nimi bez większych problemów mieszczą się Spiderman i Ghost Rider. Przyszedł więc czas na Hulka i to nawet w całkiem silnej obsadzie: Edward Norton jako Bruce Banner, Tim Roth jako jego śmiertelny wróg i Liv Tyler w roli uroczej pani doktor. Faza rekrutacji przeprowadzona wzorowo, materiał na hit murowany. Początek typowy - reżyser pragnął przypomnieć jak to się stało, że Bruce przemienia się w Hulka, że jest duży, zielony i potrafi nieźle przygrzmocić jeśli przypadkiem znalazłeś się na jego drodze, a tymczasowo przebywa na emigracji szukając leku na swoją "przypadłość". Dalej mamy wszystko co powinno się znaleźć w filmie o kultowym komiksowym superbohaterze: walki, pościgi, podejmowanie trudnych decyzji, rozterki życiowe czy wreszcie kobieta w życiu herosa. O ile panowie od efektów specjalnych spisali się całkiem dobrze podczas montażu scen walk (których zresztą jest dość trochę) o tyle mnie one jakoś nie porwały. Solidne, to przymiotnik idealnie pasujący właśnie do nich, ale brakowało mi jakiegoś polotu, pomysłu, czegoś nowego czy interesującego. Od Liv Tyler wymagane było tylko to, żeby dobrze wyglądała i niewiele mówiła, tu się udało. Śmiertelny wróg? Tim Roth jako doświadczony komandos spisywał się całkiem nieźle do czasu, aż lekko się "przemienił", potem już nie było tak miło bo dość średnią przyjemnością jest oglądanie starcia dwóch terminatorów. Poza tym fabularnie klasyka, czyli jak u każdego herosa. Edward Norton jako Bruce też jakoś blado wypada, niby fajnie gra, ale jednak sporo brakuje do innych produkcji, w których miałem przyjemność go oglądać. Sumując wszystko: film jak dla mnie dość średni, nie byłbym specjalnie na nikogo obrażony gdyby mi go ktoś wyłączył w połowie, bo im dalej tym mniej chciało mi się "Hulk'a" oglądać. Pora wracać do Mrocznego Rycerza.
Czytaj dalej!
Etykiety:
recenzje
sobota, 20 września 2008
The Notebook (2004)
"The Notebook" to jeden z niewielu przykładów filmów, który fabularnie jest potocznie rzecz ujmując chałą, a jednak mnie wcale nie nudził. Sprawdza się całkiem dobrze jako odskocznia od lawirowania między dramatami i thrillerami akcji.

Nie da się ukryć faktu, że "The Notebook" to straszliwie klasyczna opowieść o miłości. O tym, że oboje są z różnych warstw społecznych i ich związek nie ma szans. Bo ona to arystokratka mająca każdy dzień zaplanowany od wschodu do zachodu słońca, tu lekcje gry na fortepianie, tam języki obce czy malowanie. Bo on zapieprza każdego dnia na tartaku za marne grosze, bez większych perspektyw na lepsze życie. Bo ona przyjechała w jego okolice tylko na czas wakacji, a potem odjedzie i czar zakochania pryśnie. Nie sposób nie wspomnieć o tym, że rodzice panny nijak jej uczuciom nie sprzyjają, a przy najbliższej okazji(czyli odjeździe dziewczyny z miasteczka) ucinają całkowicie kontakt między (jeszcze) nastolatkami. Wybuch II Wojny Światowej wcale nie poprawia sytuacji. Co dostajemy poza tym? Kilogramy patosu, bo uczucie między Noah i Allie to miłość mimo wszystko, uczucie wielkie, szalone i nieokiełznane. Bo jest ono z góry skazane na porażkę. Skojarzenie tego z postaciami Romea i Julii wielką przesadą nie jest. Tutaj pojawiają się najciekawsze aspekty filmu: mimo pozornej kiczowatości i typowości scenariusz napisany wg bestselleru zrealizowany został wzorowo. Produkcja posiada jakiegoś rodzaju czar, każący wpatrywać się tępo w ekran domyślając się końcówki właściwie od pierwszych minut. Wobec wielkich amorów nic nieznaczącym faktem wydaje się to, że o całej historii dowiadujemy się z książki czytanej przez uprzejmego staruszka jego znajomej, w szpitalu. Do czasu ... Na dodatek świetny Ryan Gosling wspomagany przez Rachel McAdams jako para zakochanych, w jakże niesprzyjających okolicznościach ..
Czytaj dalej!

Nie da się ukryć faktu, że "The Notebook" to straszliwie klasyczna opowieść o miłości. O tym, że oboje są z różnych warstw społecznych i ich związek nie ma szans. Bo ona to arystokratka mająca każdy dzień zaplanowany od wschodu do zachodu słońca, tu lekcje gry na fortepianie, tam języki obce czy malowanie. Bo on zapieprza każdego dnia na tartaku za marne grosze, bez większych perspektyw na lepsze życie. Bo ona przyjechała w jego okolice tylko na czas wakacji, a potem odjedzie i czar zakochania pryśnie. Nie sposób nie wspomnieć o tym, że rodzice panny nijak jej uczuciom nie sprzyjają, a przy najbliższej okazji(czyli odjeździe dziewczyny z miasteczka) ucinają całkowicie kontakt między (jeszcze) nastolatkami. Wybuch II Wojny Światowej wcale nie poprawia sytuacji. Co dostajemy poza tym? Kilogramy patosu, bo uczucie między Noah i Allie to miłość mimo wszystko, uczucie wielkie, szalone i nieokiełznane. Bo jest ono z góry skazane na porażkę. Skojarzenie tego z postaciami Romea i Julii wielką przesadą nie jest. Tutaj pojawiają się najciekawsze aspekty filmu: mimo pozornej kiczowatości i typowości scenariusz napisany wg bestselleru zrealizowany został wzorowo. Produkcja posiada jakiegoś rodzaju czar, każący wpatrywać się tępo w ekran domyślając się końcówki właściwie od pierwszych minut. Wobec wielkich amorów nic nieznaczącym faktem wydaje się to, że o całej historii dowiadujemy się z książki czytanej przez uprzejmego staruszka jego znajomej, w szpitalu. Do czasu ... Na dodatek świetny Ryan Gosling wspomagany przez Rachel McAdams jako para zakochanych, w jakże niesprzyjających okolicznościach ..
Czytaj dalej!
Etykiety:
recenzje
środa, 17 września 2008
Felon (2008)
Życie bywa śmieszne, Val Kilmer niby grubszy o 20 kg , a jednak w tym filmie jest chyba w życiowej formie, a bynajmniej jedynym atutem produkcji nie jest ..

Amerykański sen potrafi ulecieć w kilka chwil. Bo jest pięknie, ładnie, wszystko idzie w dobrym kierunku, aż nagle pojawia się on. Włamywacz, drobny złodziej łasy na błyskotki. Wykryty odpowiednio wcześnie przez domowników nie jest problemem, ot przyłapany ucieka, problem zaczyna się gdy mężny ojciec rodziny zaczyna go gonić, w wyniku czego dość nieumyślnie zabija przestępcę. Jednak cały film nie jest napędzany zbrodnią, ale raczej karą niewspółmierną do przestępstwa. Tym sposobem dotychczas wzorowy mąż i ojciec - Wade Porter trafia za kratki, co bynajmniej nie jest ostatnim jego problemem. Równocześnie poznajemy wielokrotnego zabójcę Johna Smitha, skazanego na dożywocie. Mała dygresja: czy można nazywać się bardziej typowo amerykańsko niż John Smith? Pewnie nie, dlaczego więc drugi główny bohater został tak nazwany? Bo nim mógłby zostać każdy, niestety. Po pewnym czasie czynników wspólnych dla obu skazańców rodzi się coraz więcej. O czym jest film? O piekle odsiadki w więzieniu o zaostrzonym rygorze. Życie więzienne przypomina tutaj chociażby sceny znane z American History X ('Więzień nienawiści'), a więc nie należy do najciekawszych. Mocną stroną filmu jest staranność o realizm i drobne szczegóły. Nie ma tu walk herosów i hektolitrów krwi lejącej się z każdej możliwej rany na ciele. Główny bohater tylko żeby przeżyć musi się dostosować do więziennych zasad, a kolejne kłopoty w jakie wpada są tylko potęgowane przez sytuację rodzinną, która przy braku pana domu zaczyna się rozpadać. Kolejną siłą jest wyrazistość postaci, nikt nie jest "trochę dobry", albo "trochę zły". Do tego warto dodać świetnego Vala Kilmera, trochę innego niż zwykle: tym razem nie biega uzbrojony po zęby, a w więziennych murach jego największą bronią są znajomości i przyzwyczajenie do życia za kratkami. Największym chyba, aczkolwiek niewielkim minusem jest zakończenie, które im bliżej końca tym bardziej wyraziście rysuje się na horyzoncie. Finalnie, reżyser stara się przez cały czas pokazać co dzieje się z człowiekiem, który niesłusznie(przesadzam) został zapakowany do radiowozu i skazany na oglądanie świata od drugiej strony krat. Czy przesadza? Nie wiem, sprawdź sam.
Czytaj dalej!

Amerykański sen potrafi ulecieć w kilka chwil. Bo jest pięknie, ładnie, wszystko idzie w dobrym kierunku, aż nagle pojawia się on. Włamywacz, drobny złodziej łasy na błyskotki. Wykryty odpowiednio wcześnie przez domowników nie jest problemem, ot przyłapany ucieka, problem zaczyna się gdy mężny ojciec rodziny zaczyna go gonić, w wyniku czego dość nieumyślnie zabija przestępcę. Jednak cały film nie jest napędzany zbrodnią, ale raczej karą niewspółmierną do przestępstwa. Tym sposobem dotychczas wzorowy mąż i ojciec - Wade Porter trafia za kratki, co bynajmniej nie jest ostatnim jego problemem. Równocześnie poznajemy wielokrotnego zabójcę Johna Smitha, skazanego na dożywocie. Mała dygresja: czy można nazywać się bardziej typowo amerykańsko niż John Smith? Pewnie nie, dlaczego więc drugi główny bohater został tak nazwany? Bo nim mógłby zostać każdy, niestety. Po pewnym czasie czynników wspólnych dla obu skazańców rodzi się coraz więcej. O czym jest film? O piekle odsiadki w więzieniu o zaostrzonym rygorze. Życie więzienne przypomina tutaj chociażby sceny znane z American History X ('Więzień nienawiści'), a więc nie należy do najciekawszych. Mocną stroną filmu jest staranność o realizm i drobne szczegóły. Nie ma tu walk herosów i hektolitrów krwi lejącej się z każdej możliwej rany na ciele. Główny bohater tylko żeby przeżyć musi się dostosować do więziennych zasad, a kolejne kłopoty w jakie wpada są tylko potęgowane przez sytuację rodzinną, która przy braku pana domu zaczyna się rozpadać. Kolejną siłą jest wyrazistość postaci, nikt nie jest "trochę dobry", albo "trochę zły". Do tego warto dodać świetnego Vala Kilmera, trochę innego niż zwykle: tym razem nie biega uzbrojony po zęby, a w więziennych murach jego największą bronią są znajomości i przyzwyczajenie do życia za kratkami. Największym chyba, aczkolwiek niewielkim minusem jest zakończenie, które im bliżej końca tym bardziej wyraziście rysuje się na horyzoncie. Finalnie, reżyser stara się przez cały czas pokazać co dzieje się z człowiekiem, który niesłusznie(przesadzam) został zapakowany do radiowozu i skazany na oglądanie świata od drugiej strony krat. Czy przesadza? Nie wiem, sprawdź sam.
Czytaj dalej!
Etykiety:
recenzje
niedziela, 31 sierpnia 2008
Indiana Jones And The Kingdom Of The Crystal Skull (2008)
Obrona najnowszych przygód Indiany Jonesa to zadanie na poziomie obrony Częstochowy, ale skoro tam się (ponoć) udało, to tu też można spróbować..

Pisanie czegokolwiek o nowych przygodach dra Jonesa jest właściwie z góry skazane na porażkę, bo większość osób ów film widziała prawie z obowiązku i ma wyrobioną opinię. Na dodatek owa opinia zapewne nie jest zbyt pochlebna, z wielu powodów: bo Ford to już dziadek, bo scenariusz to nic nowego, bo w filmie jest multum niedorzeczności, bo "to wszystko już było". Z większością tych zarzutów można się spokojnie zgodzić, bo są one mniej lub bardziej, ale zawsze prawdziwe. Co ciekawe żaden z powyższych zarzutów nie przeszkodził mi w spokojnym obejrzeniu finalnego dzieła Spielberga i Lucasa. Właściwie to z wielu zarzutów równie dobrze można uczynić zalety, bo o ile Jones jest już prawie profesorem-dziadkiem, o tyle bije po mordzie równie dobrze jak 20 lat temu. Scenariusz to niewątpliwie powtórka z rozrywki: doktor pakuje się w kłopoty, potem musi się z nich wykaraskać, z reguły ratując przy tym jeszcze kogoś. Poza tym zawsze towarzyszy mu jakaś kobieta(co kończy się różnie), a wszystkiemu towarzyszy aura wielkiej przygody pośród najdziwniejszych miejsc świata. Schemat został niezmieniony, może opowiedziana historyjka ma mniejsze czy większe braki, kończy się jak dla mnie zbyt przesadnie, ale sądzę, że można ją spokojnie zaakceptować. Tu pojawia się spory problem, bo jeśli ktoś zabrał się za produkcję oczekując porywającego i dopracowanego na maksa scenariusza, to fakt - zawiedzie się. W zamian dostajemy tony akcji rozłożone dość równomiernie na niecałe dwie godziny. Akcję można krytykować przykładowo za brak realizmu, bo to co się dzieje na ekranie faktycznie momentami przechodzi ludzkie pojęcie, ale kurcze, od kiedy przygody Indiany Jonesa miały coś wspólnego z rzeczywistością? Jeśli tak uważasz, to zapraszam chociażby do sceny wyrywania serca w "Indiana Jones and the Temple of Doom". W najnowszych przygodach Indy'ego nie zabrakło humoru, w starym, dobrym(jak na mój gust) stylu. Film oczywiście nie jest bez wad, bo można mocno przyczepić się do Shia LaBeouf'a (grającego Mutta Williamsa, który wciągnął w to wszystko archeologa) głównie za straszną sztywność i nijakość, jakby chłopak przestraszył się tytułu. Poza tym sama końcówka to trochę przesada, nawet jak na moją sporą tolerancyjność. Reasumując - film warty obejrzenia, no chyba, że tym razem spodziewamy się ultrarealistycznego filmu przygodowego z porywającym scenariuszem dopracowanym do ostatniej linijki. Pomysł końcowy ze ślubem świetny, na zakończenie serii, bo jeśli dr Jones miałby powrócić, to wcześniej musiałby definitywnie wziąć rozwód.
Czytaj dalej!

Pisanie czegokolwiek o nowych przygodach dra Jonesa jest właściwie z góry skazane na porażkę, bo większość osób ów film widziała prawie z obowiązku i ma wyrobioną opinię. Na dodatek owa opinia zapewne nie jest zbyt pochlebna, z wielu powodów: bo Ford to już dziadek, bo scenariusz to nic nowego, bo w filmie jest multum niedorzeczności, bo "to wszystko już było". Z większością tych zarzutów można się spokojnie zgodzić, bo są one mniej lub bardziej, ale zawsze prawdziwe. Co ciekawe żaden z powyższych zarzutów nie przeszkodził mi w spokojnym obejrzeniu finalnego dzieła Spielberga i Lucasa. Właściwie to z wielu zarzutów równie dobrze można uczynić zalety, bo o ile Jones jest już prawie profesorem-dziadkiem, o tyle bije po mordzie równie dobrze jak 20 lat temu. Scenariusz to niewątpliwie powtórka z rozrywki: doktor pakuje się w kłopoty, potem musi się z nich wykaraskać, z reguły ratując przy tym jeszcze kogoś. Poza tym zawsze towarzyszy mu jakaś kobieta(co kończy się różnie), a wszystkiemu towarzyszy aura wielkiej przygody pośród najdziwniejszych miejsc świata. Schemat został niezmieniony, może opowiedziana historyjka ma mniejsze czy większe braki, kończy się jak dla mnie zbyt przesadnie, ale sądzę, że można ją spokojnie zaakceptować. Tu pojawia się spory problem, bo jeśli ktoś zabrał się za produkcję oczekując porywającego i dopracowanego na maksa scenariusza, to fakt - zawiedzie się. W zamian dostajemy tony akcji rozłożone dość równomiernie na niecałe dwie godziny. Akcję można krytykować przykładowo za brak realizmu, bo to co się dzieje na ekranie faktycznie momentami przechodzi ludzkie pojęcie, ale kurcze, od kiedy przygody Indiany Jonesa miały coś wspólnego z rzeczywistością? Jeśli tak uważasz, to zapraszam chociażby do sceny wyrywania serca w "Indiana Jones and the Temple of Doom". W najnowszych przygodach Indy'ego nie zabrakło humoru, w starym, dobrym(jak na mój gust) stylu. Film oczywiście nie jest bez wad, bo można mocno przyczepić się do Shia LaBeouf'a (grającego Mutta Williamsa, który wciągnął w to wszystko archeologa) głównie za straszną sztywność i nijakość, jakby chłopak przestraszył się tytułu. Poza tym sama końcówka to trochę przesada, nawet jak na moją sporą tolerancyjność. Reasumując - film warty obejrzenia, no chyba, że tym razem spodziewamy się ultrarealistycznego filmu przygodowego z porywającym scenariuszem dopracowanym do ostatniej linijki. Pomysł końcowy ze ślubem świetny, na zakończenie serii, bo jeśli dr Jones miałby powrócić, to wcześniej musiałby definitywnie wziąć rozwód.
Czytaj dalej!
Etykiety:
recenzje
piątek, 29 sierpnia 2008
Butterfly on a Wheel ( 2007)
Bywają filmy, w których wiadomo o co chodzi, bywają takie w których nie wiadomo. Tym razem reżyser zostawia pole do popisu widzowi, serwując rozwiązanie dopiero na samym końcu..

Filmowcy lubią ideały, czasem postaci kreowane są 'from zero to hero', czasem odwrotnie, w tym przypadku mamy raczej do czynienia z tą drugą odmiana. Neil i Abby to idealne małżeństwo i na dodatek wzorowi rodzice małej Sophie. Neil całuje żonę przed wyjściem do pracy, gdzie odnosi sukces za sukcesem, zapewniając swojej rodzinie godziwy byt. Nawet przyjaciółka Abby zapewnia ją : "Masz najlepszego męża na świecie", na co ta odpowiada: "No, chyba". To "chyba" to pierwsza ze wskazówek jaką otrzymujemy odnośnie sensu całej akcji. Para wyjeżdża, zostawiając córkę opiekunce i chwile potem zaczyna się cały dramat. Ryan(świetny Pierce Brosnan) pojawia się na tylnim siedzeniu niczym dżinn z lampy Alladyna i wyciąga poważny "argument" w postaci gnata. Chwilę później para dowiaduje się o porwaniu córki i spluwa zostaje zamieniona na telefon, za pomocą którego Ryan może w każdej chwili "zamówić" śmierć Sophie. Potem jest już tylko ciekawiej. Reżyser cały czas daje widzowi szansę na odgadnięcie rzeczywistego sensu całej akcji, kolejne sceny nie pasujące jakby do całej sytuacji są całkowicie celowe. Kwestia tego, czy patrzymy wystarczająco uważnie i wyciągamy odpowiednie wnioski. Idąc tym tropem kolejne wydarzenia trzymają ciągle w napięciu i pozostawiają pytanie "o co tu właściwie chodzi?" cały czas otwartym, tym bardziej że kolejne "życzenia" porywacza stwarzają sporo więcej pytajników niż ewentualnych odpowiedzi. Ostatecznie przekonujemy się do tego, co Neil mówi dużo wcześniej - "to tylko gra". Zbierając to wszystko do kupy - tak, dałem się nabrać na wydarzenia z ekranu do końca kombinując o co tam chodzi. Reżyserowi udało się udowodnić, że wystarczy odpowiednio stronniczo pokazać wydarzenia, aby uwierzyć w kłamstwo, które oczywistym stało się dopiero na końcu, po przetłumaczeniu akcji "na nasze". Chyba po tak entuzjastycznym opisie nie trzeba dodatkowo zachęcać do obejrzenia.
Czytaj dalej!

Filmowcy lubią ideały, czasem postaci kreowane są 'from zero to hero', czasem odwrotnie, w tym przypadku mamy raczej do czynienia z tą drugą odmiana. Neil i Abby to idealne małżeństwo i na dodatek wzorowi rodzice małej Sophie. Neil całuje żonę przed wyjściem do pracy, gdzie odnosi sukces za sukcesem, zapewniając swojej rodzinie godziwy byt. Nawet przyjaciółka Abby zapewnia ją : "Masz najlepszego męża na świecie", na co ta odpowiada: "No, chyba". To "chyba" to pierwsza ze wskazówek jaką otrzymujemy odnośnie sensu całej akcji. Para wyjeżdża, zostawiając córkę opiekunce i chwile potem zaczyna się cały dramat. Ryan(świetny Pierce Brosnan) pojawia się na tylnim siedzeniu niczym dżinn z lampy Alladyna i wyciąga poważny "argument" w postaci gnata. Chwilę później para dowiaduje się o porwaniu córki i spluwa zostaje zamieniona na telefon, za pomocą którego Ryan może w każdej chwili "zamówić" śmierć Sophie. Potem jest już tylko ciekawiej. Reżyser cały czas daje widzowi szansę na odgadnięcie rzeczywistego sensu całej akcji, kolejne sceny nie pasujące jakby do całej sytuacji są całkowicie celowe. Kwestia tego, czy patrzymy wystarczająco uważnie i wyciągamy odpowiednie wnioski. Idąc tym tropem kolejne wydarzenia trzymają ciągle w napięciu i pozostawiają pytanie "o co tu właściwie chodzi?" cały czas otwartym, tym bardziej że kolejne "życzenia" porywacza stwarzają sporo więcej pytajników niż ewentualnych odpowiedzi. Ostatecznie przekonujemy się do tego, co Neil mówi dużo wcześniej - "to tylko gra". Zbierając to wszystko do kupy - tak, dałem się nabrać na wydarzenia z ekranu do końca kombinując o co tam chodzi. Reżyserowi udało się udowodnić, że wystarczy odpowiednio stronniczo pokazać wydarzenia, aby uwierzyć w kłamstwo, które oczywistym stało się dopiero na końcu, po przetłumaczeniu akcji "na nasze". Chyba po tak entuzjastycznym opisie nie trzeba dodatkowo zachęcać do obejrzenia.
Czytaj dalej!
Etykiety:
recenzje
Subskrybuj:
Posty (Atom)